„Turnus mija, a ja niczyja” … no i cóż?

Miałam przeogromne oczekiwania co do tego spektaklu, bo był reklamowany w całym Krakowie kilka miesięcy temu. Cóż… warunki atmosferyczne oraz złośliwość rzeczy martwych przeszkodziła mi w pozytywnym przeżyciu „Turnusu…”. A i samej sztuki nie do końca zrozumiałam.

Tło wydarzeń

Mam tu na myśli tło wydarzeń w świecie prawdziwym, nie w sztuce. Innymi słowy, to co poprzedzało moje przybycie do Małopolskiego Ogrodu Sztuki, gdzie swoją małą scenę ma Teatr Słowackiego, a co miało spory wpływ na odbiór tejże sztuki.

Od 8:00 do 18:00 byłam na konferencji (związanej z moją pracą zawodową), gdzie przez 80% czasu siedziałam i słuchałam wykładów, więc miałam totalnie zlasowany mózg. Potem nie zdążyłabym wrócić do domu, więc 2 godziny czekałam na spektakl. Na salę nie wpuszczono nas aż do 3 minut przed rozpoczęciem sztuki. Jak się potem okazało, powodem była AWARIA KLIMATYZACJI! Mimo że na zewnątrz było „zaledwie” 25 stopni, to temperatura w środku dochodziła zapewne do miliona, tak na oko. A ja miałam długie spodnie i koszulę z długim rękawem!

Tu muszę przyznać, że Teatr zachował się bardzo fair, bo zapewnili widzom butelki z wodą oraz powiedzieli, że przez 10 minut można jeszcze podjąć decyzję o opuszczeniu sali, jeżeli ktoś nie da rady wytrzymać, a bilety można wymienić lub zwrócić.

Widzowie za to nie zachowali się aż tak fair, bo kiedy światła zgasły i rozpoczął się spektakl, to nagle kilkanaście osób wstało i zaczęło zwracać uwagę, że nic nie widać i żeby włączyć światła, bo chcą wyjść -.- Come on! Aktorzy wrócili zatem za kulisy, światła zostały włączone, grupa osób wyszła i zaczęło się od początku.

Jak widać, okoliczności sprzyjające nie były. Ale my przynajmniej siedzieliśmy bez ruchu przez 2 godziny. Aktorzy musieli grać w kostiumach stylizowanych na modę kuracjuszy w sanatorium, więc wszyscy mieli na sobie „gustowne” sweterki. Naprawdę serdecznie im współczuję. Coraz bardziej widzę, że sztuka wymaga wielkiego poświęcenia.

O czym to jest?

Sytuacja wygląda mniej więcej tak: jest sobie Sanatorium Uzdrowiskowe i Pijalnia Wód im. prof. dra Józefa Dietla, który, tak na marginesie, rzeczywiście w wielkim stopniu przyczynił się do rozwoju medycyny uzdrowiskowej i był prezydentem Krakowa, więc ten spektakl ma też charakter lokalnie patriotyczny.

Do tegoż sanatorium przyjeżdżają inwestorzy, którym pielęgniarka, siostra Wanda, pokazuje „atrakcje” dostępne dla kuracjuszy, których akurat w tym momencie nie ma. Sanatorium jest całkowicie puste. Kilka razy któryś z inwestorów mówi, że trudno będzie ocenić funkcjonowanie uzdrowiska, jeżeli jest ono całkowicie puste, ale potem dzieje się rzecz dziwna. Prof. dr Józef Dietl, który osobiście nadzoruje swoje sanatorium, stworzył wyjątkową leczniczą wodę. Po skosztowaniu jej inwestorzy przechodzą transformację w kuracjuszy.

O co chodzi?

Zacznę od tego, co mi się nie podobało. Nie wiedziałam, czy aktorzy próbują być śmieszni, czy próbują być „rozbrajająco głupiutcy”. Np. jeden z bohaterów, Jan, próbował nauczyć Stefana całować, z tego, co zrozumiałam. Przez kilka minut ciumkali sobie powietrze wydając dziwne dźwięki, a potem machali językiem na różne strony. Wyglądało to dziwnie i mnie osobiście nie rozśmieszyło. Ale no słyszałam, że ktoś się tam chichrał, więc może po prostu nie trafili w moje poczucie humoru.

Dużo było takich sytuacji, w których postaci kreowane przez aktorów próbowały się zachowywać śmiesznie. I słowo „próbowały” użyłam specjalnie. Poza tym akcja była dość powolna. Zważywszy na to, że spektakl trwa 110 minut bez przerwy, pod koniec czułam już znudzenie.

Nie zrozumiałam też doboru niektórych piosenek, którymi spektakl był przeplatany, nie wspominawszy o tym, że daje się mocno we znaki, że aktorzy grający w tym spektaklu nie są wokalistami. Te utwory kojarzyły mi się z poważnymi operami (przynajmniej niektóre) i tworzyły atmosferę, w której czułam się bardzo nieswojo, bo nie rozumiałam co się dzieje. Jak wtedy, kiedy jeszcze inwestorzy mieli wejść do jakiejś borowiny czy czegoś w tym rodzaju, więc aktorzy ich grający ubrali się w brązowe kombinezowy, owinęli się brązowymi śpiworami i zaczęli śpiewać bardzo wolną, spokojną piosenkę. Przy zgaszonym światłach ich sylwetki dziwacznie kołyszące się w rytm melodii wyglądały niemalże przerażająco.

Najjaśniejsza gwiazda „Turnusu…”: Katarzyna Zawiślak-Dolny, której jestem wielką fanką odkąd zobaczyłam ją w spektaklu „Kobiety objaśniają mi świat”. Wykreowana przez nią siostra Wanda, pielęgniarka w sanatorium, jest wręcz hipnotyzująca. Jest ekscentryczna, trochę sztywna, w końcu całe życie spędziła w sanatorium, ale jest w niej coś, co nie pozwala oderwać od niej oczu. I ona akurat śpiewa świetnie!

Zaznaczam jeszcze raz, bo to ważne. Ja nie mówię, że to jest zły spektakl. Czytałam wiele pochlebnych opinii o nim. Mówię tylko, że ja go nie zrozumiałam. Po spektaklu, czytając analizy mądrych ludzi dostrzegłam, że „Turnus mija, a ja niczyja” mówi o dwóch ważnych rzeczach: o miłości i o śmierci. I o ile do miłości podchodzi lekko i z humorem, to do śmierci już raczej śmiertelnie poważnie, bo bohaterowie spektaklu szukają tej miłości właśnie ze strachu przed śmiercią.

Jako podsumowanie przytoczę fragment z recenzji pana Tomasza Domagały:

Pokazując nam na przykładzie kuracjuszy alchemię teatru – mechanizm, za pomocą którego teatr wielu z nas, widzów łapie w swoją pułapkę, robi to w sposób tak delikatny i piękny, że wychodząc po spektaklu czujemy, że teatr jest nam potrzebny, niczym uzdrowiskowa woda dra Dietla.

Mimo że może ten konkretny spektakl nie wywołał u mnie takiego uczucia, to ogólnie tak, zgadzam się. Teatr to moje, może i piękne, ale jednak uzależnienie i żyć bez niego nie mogę 😀

I do tej pory nie wiem, czy mam się czuć jak amator, który nie dojrzał do „sztuki wyższej” czy jak widz, któremu nie musi się wszystko podobać i akurat ta konkretna sztuka nie trafiła w jego gusta… Wolę tę drugą opcję. Nie tylko dlatego, że stawia mnie w lepszym świetle 😛 Ale też dlatego, że jestem zwolenniczką teorii, że sztuka powinna łączyć, a nie dzielić. Nie chcę odgradzać grubą krechą „niedojrzałych amatorów” i „poważnych koneserów sztuki”. Wolę, żeby teatr (i kultura w ogóle) był miejscem spotkań, dyskusji i wymiany doświadczeń 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s