Pamiętnik z Portugalii: dzień 2 – ten z harrypotterową księgarnią

Część 1: TUTAJ

11 maja

8:17

Obudził mnie ból głowy :/ Ładnie się zaczynają te wakacje. Chyba czas przestać się tak jarać samym faktem bycia w Porto, a zacząć bardziej używać rozumu.

10:09

Długo nam zajęło zebranie się. Idziemy na hotelowe śniadanie. Dałam radę zjeść tylko bułkę z masłem i wypić herbatę.

11:06

W Porto nie da się czuć źle zbyt długo. Idziemy na przechadzkę po mieście. Docieramy pod katedrę, a tam uliczny grajek gra na trąbce hymn Polski 😀

11:27

Bardzo chcemy iść na targ kupić jakieś egzotyczne owocki. Odpalamy Google Mapsy i idziemy. Dziwne… sprawdzamy godziny otwarcia tego targu i wynika z nich, że cały tydzień jest zamknięty. To pewnie jakiś bug. Wzięliby się ci inżynierowie z Google’a za te Mapsy… no naprawdę!

11:41

Zwracamy honor inżynierom z Google’a. Targ w Porto jest remontowany!! Wydaje się nam, że ciąży na nas klątwa remontów. Rok temu w Barcelonie Park Guell był rozkopany. W Krakowie, gdzie się nie ruszyć, tam zamknięte ulice. A teraz to… No dajcie żyć, ludzie rozwijającego się świata!

11:57

Uff, jest dobrze! Znajdujemy miejsce, w które ten targ jest przeniesiony. Wprawdzie poziom -1 w jakimś centrum handolwym nie wygląda tak spektakularnie, ale no niech będzie. Kupujemy owoce w kubeczku.

13:05

Docieramy do słynnej, harrypotterowej księgarni Livraria Lello. Jest ogromna kolejka. No tak z 40 minut czekania. Do księgarni! Mamy bilety kupione w internecie (5 euro za wstęp! Do księgarni!), więc podchodzimy do pana biletera i pytamy, czy możemy wejść. Coś tam odpowiedział, że mamy stanąć w kolejce. W sumie to nie do końca zrozumiałyśmy.

13:06

Ok, kolejne podejście. Zagadujemy znowu pana biletera wpychając się w kolejkę.
– Ooo, tak szybko wróciłyście? Nie chciałem, żeby ludzie się zdenerwowali, że wchodzicie przed innymi, ale ok. Możecie wejść.
Znał też parę słów po polsku, więc swój ziomek. Nie wiemy, jak to się stało (zapewne przez urok osobisty i blond włosy, bo jak inaczej! 😛 ), ale ominęłyśmy 40-minutową kolejkę 😀 Brawo my!

13:13

Zakochałam się! Od razu poczułam, że musimy być razem. Przepięknie wydany Noterku, kocham cię!

13:45

Znalazłyśmy park z idealną trawą. Kojarzycie jak wygląda idealna trawa? Jest tak gęsta, że nie widać prześwitów ziemi. I jest soczyście zielona. To właśnie taka. Kolejny raz się zakochałam. Porto – miasto zakochiwania się w rzeczach nieożywionych.

15:09

Znalazłyśmy cudowną knajpkę mikroskopijnych rozmiarów z pysznymi owocami morza. Cudem udało nam się tam wbić na pół wolnego stolika.

15:17

Restauracja jest tak mała, że siedzimy przy stoliku z pewną parą. Gadają po portugalsku. A raczej to ten chłopak gada, dziewczyna siedzi cicho. Szacujemy, że na jej 3 słowa on wypowiada 333. Mniej więcej przez godzinę słyszymy w każdym zdaniu nazwisko którejś postaci z Gry o Tron. Współczujemy bardzo tej dziewczynie i pijemy za jej zdrowie psychiczne lampkę wina.

17:55

Przechodzimy przez Ponte Luis I, chyba najsłynniejszy most w Porto, i znajdujemy kolejną wspaniałą miejscówkę. Siadamy na trawie i pijemy wodę (nauczone doświadczeniem z wczoraj, kiedy tej wody nie piłyśmy). Podziwiamy przepiękny widok na skąpane w zachodzącym słońcu stare miasto Porto.

19:53

Znajdujemy sklep Porto in a Bottle. Sylwia wyraża żal, że to nie jest Porto in a Barrel, ale i tak wchodzimy. Pan z czarnym uzębieniem pokazuje nam „green wine”. Dobrze przeczytaliście. Green wine nie jest bynajmniej zielone, ale jest zrobione z młodych winogron. Bierzemy.

19:55

Sylwia pyta pana z czarnym uzębieniem, czy na pewno w Portugalii można pić alkohol w plenerze. Pan powiedział, że o ile nie będziemy robić rabanu, to luz. No ok, postaramy się.

20:09

Docieramy do parku z idealną trawą. Mamy w plecaku otwieracz „pożyczony” z hotelu. Otwieram butelkę wina na trawie w parku. Czuję się dziwnie. Czuję, jakby wszyscy na mnie patrzyli, ale nie patrzy nikt.

20:15

Już się nie czujemy dziwnie. Wpadamy w Porto mood.

22:02

Dociera do nas pierwsza, najważniejsza wada picia w plenerze. Nie ma nigdzie łazienki!!! Wyruszamy na poszukiwania.

22:15

Ostatkiem sił wpadamy do McDonalda. Biegniemy do toalet… No tak, trzeba mieć kod z paragonu, żeby wejść. A kolejka do kasy to też jakieś pół godziny czekania. Jesteśmy zrozpaczone.

22:16

Nagle dzieje się coś surrealistycznego. Podchodzi do nas mały chłopiec, na oko może 11 lat. A może to była dziewczynka? Pyta nas coś po portugalsku. Nie czaimy, o co chodzi. Ale on czai.
– Code? Toilet?
– YES! YES!
Otwiera nam drzwi i znika.
Kimkolwiek jesteś, chłopcze, wiedz, że uratowałeś nam życie.

CIĄG DALSZY (tego wieczoru i kolejnego dnia) NASTĄPI…

2 uwagi do wpisu “Pamiętnik z Portugalii: dzień 2 – ten z harrypotterową księgarnią

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s